środa, 7 października 2009

Droga do Broken Hill

07.10 karol

Po noclegu w Dubbo, z samego rana ruszyliśmy na zachód --- w kierunku historycznej miejscowości Broken Hill. Wiemy (z naszego przewodnika po Australii, który niestety przedwczoraj zgubiliśmy), że gdzieś w tamtych okolicach znajduje się stare i opuszczone "miasto duchów"... No dobra, może i duchów tam nie ma --- no ale wszystko wygląda jak z westernów z Clintem Eastwoodem. ;)

Do Broken Hill jest z Dubbo jakieś 760km, tak więc jechaliśmy przez cały dzień, podziwiając australijskie krajobrazy i wypatrując kangurów przy drodze. Na szczęście okazało się, że nie są jakąś wielka rzadkością w tych okolicach, i kilka udało nam się sfotografować.

wtorek, 6 października 2009

Blue Mountains

06.10 piotrek

Po naszym gitarowaniu do późnych godzin nie wstaliśmy specjalnie wcześnie. Gdy po porannych prysznicach skończyliśmy śniadanie, godzina zaczeła się już niebezpiecznie zbliżać do południa, a mieliśmy tego dnia jeszcze trochę innych spraw do załatwienia. Wstawiliśmy więc czym prędzej pranie i poszliśmy szukać atlasu drogowego Australii. Gdy z sukcesem zakończyliśmy zakupy, przełożyliśmy nasze rzeczy do suszarki i byliśmy gotowi do ruszenia na spacer po Blue Mountains.

Najsłynniejsza formacja skalna "Trzy Siostry" jest tuż przy Katoombie, po kilku krokach mogliśmy więc już ją podziwiać na tle dolin parku narodowego. Teraz może czas na małe wyjaśnienie: skały w Blue Mountains nie są wbrew pozorom niebieskie, a żółte. Góry natomiast zawdzięczają swą nazwę lasom eukaliptusowym, które wydzielają do powietrza substancje zabarwiające powietrze na niebiesko.

Zanim zrobiliśmy małą przechadzkę po okolicy, wpadliśmy jeszcze do sklepu obok, aby kupić klika pocztówek. Tam jednak naszą uwagę przykuł stojak z australijskimi kapeluszami. Zaczeliśmy od ich żartobliwego przymierzania, ale po kilku chwilach było widać że coś nas do nich ciągnie. Dłuższa dyskusja zowocowała męską decyzją, aby wzbogadzić naszą podróż do outback'u kowbojskimi kapeluszami "made in Australia". Piotrek z Karolem wybrali model ze skóry kangura, a Accek jasny i przewiewny zamszowy kapelusz.

Uradowani nowym zakupem przemierzyliśmy krótki szlak w Blue Mountains. Prężyliśmy się na nim jak trzech Indiana Jonesów, do czasu gdy na naszej drodze przez australijski busz nie spotkaliśmy rodziny z małym dzieckiem w wózku. Cóż, tego dnia oni byli większymi twardzielami.

Przed wyjazdem wpadliśmy wszyscy do lokalengo fryzjera. To co zrobił z naszymi włosami upewniło nas, że będziemy nosić nasze kapelusze do końca wyjazdu. Na drodze do Broken Hill spaliśmy w motelu w małym miasteczku Dubbo.

Kilka fotek z Wyspy Wielkanocnej

Tak wygląda Wyspa Wielkanocna i my na niej. To tak żeby ktoś nie myślał, że tego bloga piszemy z pubu w Łodzi. :)











A oto parę zdjęć tylko i wyłącznie na naszą-klasę. :P


poniedziałek, 5 października 2009

No worries!

05.10 accek

Rano zwlekliśmy się z łóżek nie do końca wypoczęci. W końcu spotkaliśmy panią, która tak naprawdę rządzi tą meliną. Powiedziała nam na przykład, że tutaj nocuje się co najmniej 3 noce. Na szczęście nie próbowała tego egzekwować, z resztą już wieczorem się rozliczyliśmy i nawet nie dostaliśmy kluczy. Uprzejmie nas wyrzuciła i pozwoliła skorzystać z bezprzewodowego internetu z ławeczki przed wejściem. :)

"No worries!" to takie australijskie "OK", używane na każdym kroku przez taksówkarzy, sklepikarzy, wszystkich. Zatem nie przejmując się, wypożyczyliśmy samochód --- całkiem eleganckiego Mitsubishi Lancera. Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika i... zaczęły się schody. Że też Anglicy skolonializowali ten ląd i teraz wszyscy jeżdzą po lewej! Czujemy się jak z powrotem na egzaminie na prawko, tylko zbyt często mylą się nam migacze z wycieraczkami.


Dużą część dnia spędziliśmy na zakupach, po czym udaliśmy się w drogę w Góry Błękitne (Blue Mountains). Późnym wieczorem dotarliśmy do Katoomby i napotkaliśmy uroczy hostel --- przywitała nas przemiła pani przy recepcji, dostaliśmy właśny pokój za rozsądną cenę oraz... gitarę! Bynajmniej nie poszliśmy wcześnie spać. Trochę nam brakowało chwytów i tekstów, ale przecież mieliśmy gitarę!

Tak nam upłynął pierwszy w pełni australijski dzień. Z niecierpliwością oczekujemy kolejnego --- wreszcie chcemy zobaczyć te góry.

Australijski Lux Eden

04.10 accek

Świat jest niesprawiedliwy. Nasz weekend rozpoczął się odlotem w sobotę koło 6:00 rano, a zakończył lądowaniem w Sydney w niedzielę wieczorem. Kto wymyślił linię zmiany daty!? Weekend był zupełnie stracony.

Na domiar złego nie zarezerwowaliśmy wcześniej żadnego noclegu. Ku naszej radości podejrzanie szybko udało nam się coś znaleźć przez internet na lotnisku, i to w bardzo dobrej lokalizacji. Jakże się ucieszyliśmy, gdy na miejscu nam powiedziano, że internet się pomylił i nie jesteśmy pierwsi, którzy się pojawili w hostelu mimo braku miejsc. Ponieważ było późno, nie było nawet kawałka wolej podłogi. Oczywiście okazało się, że w Australii jest długi weekend... Tylko dzięki pomocy przemiłego pana z hostelu, który obdzwonił wszystkie okoliczne miejsca, udało się wygospodarować trzy łóżka w sąsiedniej dzielnicy miasta.

Gdy tam dotarliśmy, ukazał się nam zabójczy obraz. Malutkie pokoje, w których mieści się niewiele więcej niż piętrowe łóżka i otwarte drzwi, na podłodze walają się rzeczy mieszkańców. Rozrzucono nas po trzech pokojach. Od początku wiedzieliśmy, że to będzie hardcore. Accka w pokoju przywitały dwie dziewczyny nie do końca wyczuwające grawitację, a na korytarzu leciała muza na cały regulator. To było gorsze niż najgorszy akademik UW. Ostatecznie udało nam się przespać choć trochę. Być może było to lepsze od spania na dworcu.

piątek, 2 października 2009

Naokoło Tahiti

02.10 accek

Po prostolinijnym powrocie na Raiatea spędziliśmy tam noc w przytulnym rodzinnym hoteliku. Nie myśleliśmy, że nawet w najniższym możliwym standardzie na tarasie jest basen. :)

Wczesnym rankiem wróciliśmy na Tahiti. Tam na lotnisku czekało na nas zarezerwowane auto. Po zakupach udaliśmy się na objazdówkę dookoła wyspy. Okazało się jednak, że zbyt wiele atrakcyjnych miejsc tu nie ma. Mijane miejscowości były brudne. Także drogi dojazdowe do atrakcji turystycznych były słabo oznaczone. Za to wszyscy mieszkańcy, z którymi rozmawialiśmy, byli bardzo pomocni.

Obejrzeliśmy Muzeum Tahiti i Jej Wysp, byliśmy w lagunarium, gdzie z bliska widzieliśmy rekiny pływające w stoickim spokoju pomiędzy ławicami rybek. Następnie pojechaliśmy w trochę mniej cywilizowane miejsca na półwyspie Tahiti Iti, gdzie wreszcie mogliśmy zobaczyć dużo ładniejsze naturalne krajobrazy wyspy i potężne wodospady, wysokie na pół góry. Dojechaliśmy do wszystkich dwóch końców dróg i powróciliśmy do Papeete. Droga powrotna biegła przez potężne klifowe wybrzeża, o które rozbijały się z impetem wielkie fale. Jedna nawet pochlapała nam drogę, która i tak biegła co najmniej z 5 metrów ponad powierzchnią oceanu. Takie fale to raj dla surferów. Niestety pozostało nam tylko ich oglądać, przez co najbardziej cierpiał surfer Karol.

Już nie możemy się doczekać przygody w Australii.

czwartek, 1 października 2009

Bonus żeglarski

01.10 karol, accek, piotrek

(Na melodię La Carmeline)


Trzej żeglarze Accek, Piotr
i Karol co urwał szot
w Raiatea wzięli łódź,
przez Pacyfik chcieli pruć.

I po wyspach szła już wieść

że z Neptunem grają w kości.
Ważne, że z nich każdy chciał
rzucić się w kolejny szkwał!


Accek zuch jak mało kto

w pierwszy dzień już badał dno.
Gdyby nam zatopił jacht,
to wystawałby sam maszt.

I tak wybaczono mu

bo naprawił pompę wody.
Teraz wreszcie każdy mógł
czysty być jak młody bóg.


Dnia drugiego Piotrek nasz
obmył morską wodą twarz.
Ujrzał w dali nowy ląd,
kazał rufę ruszyć stąd.

Z koi było słychać szmer

by przeciągnąć go pod kilem.
Lecz w ten sposób każdy z nas
w Bora Bora był na czas.


Dzielny żeglarz Karol był
talię wybrał ile sił.
Potem na pokładzie spał
zamroczony przez szum fal.

Lecz w dzień trzeci pierwszy wstał,

mógłby tratwą Horn opłynąć.
I już znowu każdy chciał,
1. rzucić się w kolejny szkwał!
2. lecz nasz rejs tu koniec miał! // na bis